Iwona Rostkowska
O mnie Rysunki Koci swiat Ksiazki Wiersze Piosenki Sklepik Kontakt

Fragment I :: Fragment II :: Fragment II :: Kup książkę

s. 39-40 (z opowiadania "Ewa - Miłość"):

– Przywiozłem kobietę. Zemdlała mi w samochodzie, proszę o pomoc! – głos Bruna się załamywał.
– Gdzie jest pacjentka? – spytała rzeczowo pielęgniarka z dyżurki szpitala.
– W samochodzie, przed drzwiami, proszę szybciej – ponaglał siostrę Bruno.
Dwójka sanitariuszy ruszyła za nim w kierunku auta, ciągnąc ze sobą nosze na kółkach.
– To Pan ją przywiózł? – zapytał młody lekarz, kiedy Ewa leżała już na izbie przyjęć.
– Ja – odparł roztrzęsionym głosem Bruno.
– Co się stało? – drążył medyk.
– Nie wiem, rozmawiała ze mną, a potem zemdlała.
– Skąd Pan wie, że zemdlała?
– Nie wiem. Tak mi się wydaje. Rozmawialiśmy, a potem nagle przestała się odzywać.
– Może zasnęła?
- No wie Pan. Ratujcie ją! – wrzasnął.
– My już wiemy, co do nas należy. Jak się nazywa pańska znajoma?
– Ewa.
– Ewa, a dalej?
– Nie wiem
- Jak to Pan nie wie? Ile ma lat? – drążył metodycznie.
– Nie wiem.
Lekarz popatrzył podejrzliwie na Bruna.
– O czym rozmawialiście?
– A jakie to ma znaczenie! – wybuchnął gwałtownie Bruno.
– Niech ją Pan ratuje!
– Ratujemy. O czym rozmawialiście? – powtórzył pytanie lekarz.
Bruno zawahał się: – O…
– Tak – lekarz był nieugięty – Więc o czym?
– O tym, że wyrosły jej skrzydła – Bruno w popłochu spuścił wzrok, bo i dla niego brzmiało to głupawo.
– O tym, że pańskiej znajomej wyrosły skrzydła – powtórzył – … Taaak… Rozumiem. To by wyjaśniało podniesione ciśnienie – dodał mało poważnym tonem.
– Nic Pan nie rozumie, bo ja też tego nie rozumiem. Może zażyła jakieś narkotyki. Zróbcie jej płukanie żołądka. Nie wiem co!
– No więc rozmawialiście o skrzydłach – lekarz przyjrzał mu się uważnie.
Ta konstatacja wyraźnie wytrąciła Bruna z równowagi.
– A mówiła, że lata? – lekarz przekrzywił głowę.
Bruno zerwał się z krzesła i złapał lekarza za kołnierz lekarskiego uniformu:
– Jak jej się coś stanie, to nie wyjdziesz z pierdla do końca życia! – wrzasnął, szarpiąc płócienną marynarkę medyka.
Siostra z izby przyjęć zerwała się na równe nogi: – Doktorze, dzwonić po policję! – krzyknęła.
Lekarz wyrwał się sprawnie: – Damy radę, Pani Kasiu, nie trzeba – wygładził zmięte klapy.

s. 20-21 (z opowiadania "Zofia - Wolność"):

„Policyjny pościg, który relacjonujemy dla was już od godziny – trwa. Jak się dowiedzieliśmy nieoficjalnie, za kierownicą tego sportowego auta siedzi podobno starsza pani.”
Kubek z kawą uderzył w ziemię. Paweł rzucił się do okna. Miejsce za jaguarem było puste. Nie wiadomo po co doskoczył do drzwi mieszkania Zofii, szarpiąc za klamkę. Drzwi nie puściły.
– Pani Zosiu – jęknął – co pani narobiła!
Błyskawicznie zebrał myśli. Wsiadł do jaguara i włączył miejscową stację radiową. „Uciekające auto osiąga miejscami prędkość około stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Przewidywana jest policyjna blokada, w celu zatrzymania samochodu.”
O Boże! Z piskiem kół Paweł zahamował przed budynkiem radia. Wpadł do środka.
– Znam kobietę za kierownicą tego auta! – krzyknął – Ucieka, bo nie ma prawa jazdy. Trzeba powstrzymać policję przed pościgiem, bo to się źle skończy!
– Ale jak!? – krzyknął łysiejący redaktor.
– Niech Pan zaprowadzi mnie do studia – jego determinacja była tak przekonująca, że redaktor nie spytał o nic więcej. Z impetem otworzyli drzwi pomieszczenia.
– Mamy jedną szansę! – krzyknął Paweł.
- Jaką ?
– RDS!
– Skąd wiesz, że to zadziała!
– Nie wiem, wiem tylko, że trzeba spróbować! Nastawiłem jej tę opcję, więc jeśli włączyła radio – urwał.
Ktoś nałożył mu słuchawki na uszy: – mów!
– Pani Zosiu! To ja Paweł! Słyszy mnie pani? Pani Zosiu!
– On wie, że ona mu nie odpowie – zapytał głupio niski, krępy mężczyzna.
– Pani Zosiu, jeśli pani mnie słyszy, proszę się zatrzymać!
– Paweł? – Zofia podkręciła głośność.
– Jeśli pani mnie słyszy, proszę, na litość boską, niech pani się zatrzyma!
– Słyszę cię dobrze Pawełku – dodała gazu. Delikatny dźwięk sprężarki wirnikowej wskazywał, że zaczyna przekraczać cztery tysiące obrotów. Poczuła mrowienie obu dłoni. Dobrze pamiętała, co jej powiedział. Docisnęła jeszcze gaz. Wskazówka obrotomierza dobijała do zaznaczonej na czerwono skali siedmiu tysięcy obrotów. Silnik działał bez żadnych oporów. Odkrywała przyjemność jaką dawała jej jazda i to było najważniejsze.

s. 77-78 (z opowiadania "Anka - Braterstwo"):

Towarzysz prezes aż podskoczył na ławce, kiedy w momencie słów „…lecz biją Moskali…” Magdzie, siostrze Grażynki, odpadło jedno anielskie skrzydło i z wrażenia zaczęła potrząsać głową, na której od zimowej czapki odczepiła się czupryna z kłębów waty, a Alka, w swoich pseudobaletkach z białych tenisówek, z baletowej pozycji numer pięć, w której dzielnie stała Ewa, trzymając zdyscyplinowanie stopy ustawione jedna przed drugą, ciasno przylegające i skrzyżowane nogi oraz ręce uniesione do góry, tworząc nimi zaokrąglone linie, nie wiedzieć dlaczego, przeszła w suivi – pas de bourrees, której się dopiero nauczyła, nieustannie przestępując z nogi na nogę na palcach stóp, co w tenisówkach nie było proste i chodź nadludzkim wysiłkiem starała się utrzymać narzucone sobie tempo, upadła na Ewkę, która w swojej spódniczce typu "paczka” z karbowanej bibuły, mającej imitować muślin lub tiul i ukazującej jej chude nogi, swojej baletowej pozycji też nie utrzymała i obie wyłożyły się jak długie pod nogi Towarzysza Prezesa. Zapadła chwila ciszy, aż przerwała ją, po błyskawicznej ocenie sytuacji, towarzyszka Skulowska głośnymi brawami, co porwało też i innych. Informacja, że „ powstańcy biją Moskali” nie zagnieździła się na szczęście na długo w głowie ważnego gościa, bo słowom tym towarzyszyło takie zamieszanie, że nie wyostrzył dostatecznie słuchu i intelektu. Widać mała matura nie dała mu właściwego uzupełnienia braków w edukacji nawet z zakresu jedynie słusznej ideologii, bo pieśń, której wyuczyła dzieciaki Bożena wskazywała jasno na magnatów, szlachtę i duchowieństwo jako sprawców utraty niepodległości przez Polskę.
– Ładna ta piosenka – podsumował towarzysz prezes – szczególnie ta melodia dobra – zabrzmiał autorytatywnie.
– To Mozart – pospiesznie doniosła dyrektorka szkoły.
– Tak…? – zdziwił się mocno prezes – nie znałem tego – cmoknął przez zęby.
– Mozart? mówicie – powtórzył jak echo.
– Wolfgang Amadeusz – dodała z satysfakcją.
– Niemiec? – skrzywił się.
– Austriak. Klasyk wiedeński – wyrecytowała.
– Tak… Nie uważacie, towarzyszko, że pisał ładne piosenki – zawahał się.
– To z opery „Don Juan” – dawała popis swej elokwencji.
– A to Hiszpan, a mówiliście, że Austriak.
Skulowska spojrzała na barczystego, nalanego mężczyznę, którego tępy wyraz twarzy nie sugerował żadnej możliwości na inteligentną wymianę zdań, więc skinęła głową: – Hiszpan.
Nie długo po tym wydarzeniu, Towarzysz Prezes Spółdzielni Mieszkaniowej ofiarował Oświęcimskiej stół pingpongowy, doceniając jedynie słuszną postawę młodzieży.
Pani Czarka jeszcze długo przeżywała, jak wspaniale udał się występ wszystkich jej aniołków. Tamtego dnia upiekła tacę pączków i rozdała ją z entuzjazmem, a lektor PZPR zjadł aż pięć, bratając się z narodem.

©2013 Copyright :: Zastrzeżenia prawne :: Podziękowania :: Mapa strony